KULTURA
ostatnia aktualizacja - 2.III.2005
Jest w Perlejewie OSP
Remiza Ochotniczej Straży Pożarnej to nie tylko miejsce spotkań strażaków i
"odpoczynku" sprzętu gaśniczego. Bardzo często jest to centrum życia
towarzyskiego i kulturalnego całej okolicy. Tak też jest i w Perlejewie.
Poprosiłem pana Zbysława Radziszewskiego, prezesa Zarządu Gminy, oraz pana Andrzeja
Leszczyńskiego, prezesa Ochotniczej Straży Pożarnej, o nieco informacji o samej OSP i o
jej działalności od momentu powstania.
- Wszystko zaczęło się w 1977 roku, bo wtedy powstała w Perlejewie Ochotnicza Straż
Pożarna - opowiada pan Radziszewski. - Na początku było "goło i boso",
więcej zapału niż działania, bo nie mieliśmy ani porządnego sprzętu, ani miejsca,
gdzie można by składować nawet to, czym dysponowaliśmy. Ale poszliśmy po rozum do
głowy i dość szybko zbudowaliśmy "patelnię", takie deski do tańczenia na
podwyższeniu, i zaczęliśmy organizować zabawy taneczne. Cała okolica przychodziła na
te zabawy, ludzie płacili za wstęp jakieś niewielkie grosze, bawili się, a my w ten
sposób zdobywaliśmy fundusze dla OSP. Potem zbudowaliśmy dach nad
"patelnią", żeby można było tańczyć i przy gorszej pogodzie, a jeszcze
później obudowaliśmy wszystko ścianami i powstała sala taneczna, a jednocześnie
remiza. I wszystko to była własna praca, coś na zasadzie czynu społecznego, niektórzy
strażacy to nawet dawali darowizny - różne materiały do budowy. Przez lata sala
zarobiła dla nas tyle gotówki, że zbudowaliśmy garaż z prawdziwego zdarzenia, z
wodą, ogrzewaniem olejowym, i to na trzy samochody!
- No i kupiliśmy jeszcze obok teren, około 1 hektara, na którym mamy zamiar postawić
nową salę widowiskowo - rekreacyjną - dodaje pan Leszczyński, - ze sceną, widownią,
z zapleczem na ewentualne wesela i oczywiście pomieszczeniem dla straży, na posiedzenia
zarządu i spotkania strażaków. Chcemy też rozbudować garaż, bo teraz mamy już
cztery samochody, w tym jeden chyba najstarszy w powiecie! Już nawet zaczęliśmy prace
przy fundamentach, na razie przerwaliśmy, bo zima. A wszystko znów chcemy zrobić
własną pracą, tyle, że dziś już jest nieco trudniej zgromadzić fundusze, ludzie
rzadziej chcą się bawić, fiskus łakomie patrzy na wszystkie wpływy, ale myślę, że
jakoś sobie poradzimy. Może władze samorządowe dadzą jakieś wsparcie, może znajdzie
się jakiś sponsor, który wspomoże nas paroma złotymi, teraz przecież firmy i osoby
fizyczne mogą sobie 1% dochodu przeznaczonego na darowiznę odpisać od podatku?
- Wójt, na przykład, pomógł nam z materiałem do budowy - dodaje pan Radziszewski. - W
porozumieniu z nim, tej zimy, dokonaliśmy przecinki drogi w lesie i otrzymaliśmy za to
sporo drewna na deski i krokwie. To jest konkretna pomoc.
- A co w się dzieje w samej OSP? - pytam obu panów.
- W tej chwili mamy 27 czynnych strażaków oraz dwie drużyny młodzieżowe do lat 16,
dziewczęcą i chłopięcą, każda po 10 osób. No i liczymy na to, że z nich wyrosną
nasi następcy, a możemy na to liczyć, bo, na przykład w zeszłym roku chłopcy zajęli
II miejsce w zawodach powiatowych, a dziewczęta I miejsce w zawodach gminnych,
powiatowych i wojewódzkich. W nagrodę za I miejsce w zawodach wojewódzkich dziewczęta
spędziły dwa tygodnie na obozie szkoleniowo - wypoczynkowym w Bacikach Średnich. Poza
tym, nasze dziewczęta, po raz pierwszy jako reprezentantki województwa, wzięły udział
w zawodach krajowych i na 18 startujących drużyn zajęły 11 miejsce. Ktoś mógłby
grymasić, że dopiero 11, ale proszę, tu są rezultaty, drużyna, która zajęła 10
miejsce wyprzedziła nasze dziewczynki tylko o 3 setne sekundy! A przecież te zawody
mają dwa etapy: pierwszy to sztafeta, składająca się z 8 odcinków i na każdym
odcinku inne zadanie, oraz drugi - działanie jak w prawdziwej akcji, na celność, z
użyciem hydronetki. Walka tam była zażarta, w grę wchodziły setne i dziesiąte
części sekund, więc uważamy, że 11 miejsce to wielki sukces naszych debiutantek.
Trzeba dodać też, że od 8 lat OSP Perlejewo należy do Krajowego Systemu Ratowniczo -
Gaśniczego, poważnej organizacji, której struktura pozwala na bardzo szybki system
powiadamiania o pożarze i przez to - szybkie reagowanie. W gminie Perlejewo, we
wszystkich drużynach OSP jest około 240 druhów, co w powiecie siemiatyckim stawia ją
na drugim miejscu, po gminie Drohiczyn. Mają też dobrą współpracę z zarządem
powiatowym straży pożarnych - we władzach powiatowych zasiadają trzy osoby z
Perlejewa: Zbysław Radziszewski jest wiceprezesem zarządu powiatowego, Henryk
Zdziechowski - członkiem zarządu, a Andrzej Przystupa - członkiem powiatowej komisji
rewizyjnej. Oprócz tego członkowie OSP corocznie organizują obchody Dnia Strażaka,
biorą udział w wielu uroczystościach kościelnych i diecezjalnych, a także w
pielgrzymkach - na przykład w zeszłym roku do Lichenia, autokar zapewnił im wójt gminy
bezpłatnie, zaś w tym roku w maju planują pielgrzymkę do Częstochowy. Jest w
Perlejewie OSP - i oby była zawsze.
Dziękuję serdecznie panom prezesom za rozmowę.
Tadeusz Sikorski, fot. TS
Wystawa
IPN
Strach pozostał
Tym razem nie warszawski, a białostocki oddział Instytutu Pamięci Narodowej
zorganizował w Siemiatyckim Ośrodku Kultury wystawę pt: "UB w walce z
podziemiem niepodległościowym i opozycją w województwie białostockim w latach 1944-56".
Udostępnione zdjęcia pokazywały przede wszystkim twarze katów i ich ofiar.
Aparat bezpieczeństwa
Krzysztof Muczyński z IPN Białystok powiedział:
- Powstały po wkroczeniu wojsk sowieckich Urząd Bezpieczeństwa Publicznego był
urzędem przestępczym. Ci funkcjonariusze dopuścili się zbrodni na Polakach. Trzon
stanowili tzw kujbyszewiacy, absolwenci szkoły NKWD z Kujbyszewa. W UBP byli także,
może to paradoks, oficerowie I Dywizji im. T. Kościuszki. Skład narodowościowy był
różny, oprócz Polaków, ludności białoruskiej byli też Żydzi. Nie patrzono na
wykształcenie, często wielu funkcjonariuszy nie umiało pisać, ale liczyła się
"chęć szczera". Dlatego swoje miejsce zajmowali tam też zwykli kryminalni
przestępcy np. niejaki "Poszewka" z Wysokiego Mazowieckiego. Typowym
aparatczykiem był Faustyn Grzybowski od 16 sierpnia 1944 kierownik Wojewódzkiego Urzędu
Bezpieczeństwa w Białymstoku. Kim tak naprawdę był, świadczy dokument stwierdzający
nadanie mu radzieckiego odznaczenia Czerwonej Gwiazdy za zasługi dla Armii Czerwonej.
Wszystkim działaniom służb bezpieczeństwa w Polsce nadzorowały władze sowieckie,
osoby te nazywano sowietnikami.
Ofiary
- Kto mógł być ofiarą? Każdy, inwigilacja dotyczyła całego społeczeństwa. Do
ofiar zaliczyć można min. uczniów, duchowieństwo, osoby wracające z zachodu, z
zsyłki na wschód, nie mówiąc już o bojownikach podziemia niepodległościowego. Nie
było grupy zawodowej, która nie interesowałby się Urząd Bezpieczeństwa. Trzeba tylko
czasu żeby być o cos podejrzanym. Przecież w kraju władzę uzyskali ci, którym brak
było zahamowań moralnych, brak przywiązania do państwa polskiego. A trzeba wiedzieć,
że większość Polaków niechętnie odnosiła się do władz komunistycznych, ludzie
pamiętali po czyjej stronie polscy komuniści opowiedzieli się w wojnie polsko -
sowieckiej w 1920 roku. Metody śledztw były proste, chodziło o wymuszanie zeznań.
Przede wszystkim bicie do nieprzytomności, często kończące się śmiercią. Nie
potrzebny był wyrok sądu, żeby nie wrócić do domu. Takimi metodami posługiwali się
min. pierwsi szefowie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Siemiatyczach: Paweł
Tarasewicz i Mieczysław Milczarek.
Pytania
Odpowiadając na pytanie przedstawiciela Związku Sybiraków dotyczącego braku
konsekwencji które powinni ponieść Andrzej Muczyński odpowiedział: - Zgadzam się z
pana wnioskiem, ale tak jest, że większość katów już nie żyje. Ci, których udało
się zidentyfikować, staramy się, aby postawić ich przed sądem. Potrzebne są jednak
dowody ich winy, poświadczone zeznania osób pokrzywdzonych. Nie możemy działać tak
jak oni.
Głos Siemiatycz: - Jak pełny jest zbiór akt dotyczących tego okresu? Jak jest
świadomość społeczeństwa na ten temat?
- Wbrew pozorom, prawie wszystko udało się przejąć. Jest opisany dzień po dniu na
temat działalności PUBP w ówczesnym powiecie Bielsk Podlaski, w skład którego
wchodziły Siemiatycze. Jeśli chodzi o świadomość społeczeństwa na ten temat, to ona
jest słaba. Wiele osób jeszcze boi się mówić na ten temat, część nie chce
przypomnienia. Dodatkowo, był i jest rozpowszechniany mit o jakichś bandytach, którzy
mordowali za nic. Dotyczy to niby żołnierzy zbrojnego podziemia niepodległościowego.
Głos z sali: - To zrozumiałe, że ludzie się boją, przecież po Siemiatyczach chodzą
do tej pory ubecy z tamtego okresu i dobrze się mają.
Jacek Piotrowski, fot JP
Mielnickie rzeźby w glinie
Od listopada ubiegłego roku w Gminnym Ośrodku Kultury w Mielniku odbywają się
warsztaty ceramiczne. Prowadzi je Jerzy Fiedoruk.
Warsztaty odbywają się cztery razy w tygodniu od wtorku do piątku, w godzinach
15.00-19.00. Każdego tygodnia w zajęciach uczestniczy około dwudziestu (głównie
młodzież szkolna) amatorów lepienia w glinie - również tej mielnickiej.
- Na razie głównie pracujemy nad techniką formowania masy. Ta umiejętność to
podstawa. Duże znaczenie ma również cierpliwość i nie zrażanie się, kiedy coś się
pokruszy czy odpadnie. Dzieci jednak przyzwyczaiły się już do tego i wiedzą, że to
się niestety zdarza - mówi instruktor.
W grudniu ub. roku warsztaty wzbogaciły się o piec do wypalania. Nie mały był to
wydatek - piec kosztował 10 tys. złotych. Jednak - zdaniem instruktora - był to
potrzebny zakup, gdyż dopiero po wypaleniu te wyroby są prawdziwym produktem
ceramicznym, natomiast nie wypalone to jedynie półprodukty. Wypaloną ceramikę można z
powodzeniem wykorzystywać na co dzień, lepimy kubki, naczynia, popielniczki. Oprócz
tego powstają różnego rodzaju figurki, zwierzątka i inne interesujące konstrukcje.
Małgosia, lat 13, powiedziała, że "na warsztatach jest bardzo ciekawie, możemy
sobie ulepić co chcemy, pan pokazuje nam też różne sposoby lepienia gliny".
Jeszcze w tym roku planowane jest rozwinięcie warsztatów o zajęcia z wikliniarstwa,
tkactwa oraz rzeźbiarstwa.
- Jak tylko zrobi się ciepło, z zajęciami planujemy wyjść w plener - mówi Jerzy
Fiedoruk.
W niedalekiej przyszłości planuje się również wystawę wszystkich prac. Jak do tej
pory dzieci wykonały ich już ponad 100, więc na pewno będzie co oglądać.
Iwona Sawicka
Muzeum i jego twórca
5
września 2004 roku w Drohiczynie miało miejsce ważne wydarzenie - po prawie 40 latach
przygotowań, mrówczej pracy, gromadzenia z benedyktyńską cierpliwością eksponatów,
ksiądz infułat dr Eugeniusz Borowski doczekał się ukoronowania swych starań -
zostało otwarte Muzeum Diecezjalne. Po kilku miesiącach działalności tej placówki
poprosiłem ks. Borowskiego, jej obecnego dyrektora, o garść przemyśleń z minionych
lat i tym, co usłyszałem, pragnę podzielić się z czytelnikami.
Ksiądz Borowski zaproponował mi zwiedzenie muzeum z nim w charakterze przewodnika i
przyznam, że była to jedna z najciekawszych wypraw do muzeów, jaką było mi dane
przeżyć w moim życiu. Rozpoczęliśmy oczywiście "ab ovo", czyli skąd
wziął się pomysł założenia muzeum i dlaczego w Drohiczynie?
- Wszystko zaczęło się od księgi z 1558 roku, pochodzącej ze zbiorów jezuitów,
która jako jedyna (!), z przeszło tysiąca starodruków zgromadzonych w Drohiczynie,
ocalała po II wojnie światowej, stając się z czasem impulsem do stworzenia muzeum.
Druga wojna światowa była jednym z największych kataklizmów dla gromadzonych przez
stulecia starodruków i dzieł sztuki i, niestety, nie ominęła naszego miasta. Po
zniszczeniu kościołów, zamienieniu katedry na stajnię, sowieci załadowali przeszło
tysiąc cennych starodruków na wozy i wywieźli do Moskwy i Leningradu. Ta jedna księga
ocalała, bo żołnierze potrzebowali papieru do robienia "skrętów" z machorki
i byli przekonani, że jej kartki będą się do tego nadawać. Wyrwali z niej 23 kartki i
zrobili z nich papierosy. Nie mogli wiedzieć jednak, że w XVI wieku papier czerpany
robiono z rozgotowanych szmat, zatem próba palenia "skrętów" zrobionych z
tego papieru skończyła się, hmm... chorobą i to na oba końce. Księgę zatem "za
karę" wyrzucono do Bugu, ale jakimś cudem zatrzymała się na nabrzeżu i jeden z
mieszkańców, który ten fakt widział, zakradł się w nocy nad rzekę i cenną księgę
uratował. Kiedy poznałem tę historię, pomyślałem, że dobrze byłoby księgę
wyeksponować, a że zaczęliśmy wówczas przygotowania do uroczystości 1000-lecia
państwa polskiego (był rok 1965) i miał przyjechać do nas prymas Stefan Wyszyński,
więc zbieraliśmy eksponaty w całej diecezji. Udało nam się zgromadzić całkiem spory
zbiór, dostaliśmy też wiele darów od osób prywatnych. Taki był początek, jednak
nadal nie było odpowiedniego miejsca do wystawiania naszych cennych zbiorów i przez
długie lata były one przechowywane w archiwum diecezjalnym, które mieściło się w
piwnicach siedziby kurii.
- Jednak w końcu doczekał się ksiądz chwili, w której można już było poważnie
myśleć o przyszłym muzeum?
- Ten moment zaistniał po upadku poprzedniego systemu, kiedy to władze oddały nam
budynki byłego klasztoru, w których przez dziesięciolecia mieściły się szkoła i
gimnazjum. Budynki były w opłakanym stanie, wilgoć zniszczyła ściany do wysokości
prawie pierwszego piętra, podłogi były zdewastowane, sanitariaty i kanalizacja - obraz
nędzy i rozpaczy, wprost brak mi słów na opisanie tego, co zastaliśmy. Ale, że jestem
niepoprawnym optymistą, już wtedy uwierzyłem, że wszystko się powiedzie i będziemy
mieli gdzie urządzić muzeum z prawdziwego zdarzenia. I tak po latach remontów,
adaptacji, ciągłego zabiegania o fundusze na te prace, moje wymarzone
"dziecię" ujrzało światło dzienne - muzeum powstało!
- Słyszę jednak w głosie księdza nutkę zatroskania, czyżby coś jednak nie
układało się po myśli księdza?
- Nie, nie, wszystko w porządku, tylko przyznam się panu, że czasem ilość
obowiązków, jakie spoczywają na mnie z racji bycia duchownym, wykładowcą w
seminarium, archiwistą w archiwum diecezjalnym, dyrektorem, kustoszem i przewodnikiem
muzeum, powoduje, że aby podołać jednym obowiązkom, trzeba "kraść czas" z
innych, a to czasem odbija się na ich jakości. Ubolewam nad tym, bo między innymi
dlatego do tej pory nie ma ustalonych dni i godzin otwarcia muzeum, ponieważ jestem do
dyspozycji zwiedzających jedynie wtedy, kiedy nie koliduje to z moimi innymi
obowiązkami. Marzy mi się, że zajmuję się wyłącznie muzeum, że mam czas na
oprowadzanie wycieczek i turystów indywidualnych, mam czas na opowiadanie historii
każdego eksponatu, mam czas na naukowe badania, mam czas... Trochę mrzonki, ale kto wie,
kto wie?
Wędruję z księdzem Borowskim po muzeum, nie mogąc wyjść z podziwu dla jego wiedzy o
zgromadzonych eksponatach i sposobu, w jaki o nich opowiada. Zbiory mieszczą się w kilku
salach. Jest wśród nich sala papieska - z fotelem, na którym w 1999 roku zasiadł w
Drohiczynie Jan Paweł II, z obrazami, pamiątkowymi medalami i monetami,
okolicznościowymi znaczkami i pocztówkami. W innych salach można zobaczyć argentalia,
czyli przedmioty ze srebra - kielichy, relikwiarze, monstrancje (a wśród nich wspaniale
zdobione monstrancje Jabłonowskich, Sapiehów, Radziwiłłów), pacyfikały, tace,
lichtarze. Na specjalnych stojakach pysznią się bogato zdobione i haftowane ornaty, w
tym unikalne - wykonane ze zszytych pasów słuckich, a obok w gablocie pastorały -
kandydata na ołtarze biskupa Zygmunta Łozińskiego i papieża Piusa XII.
Można też obejrzeć zabytkowe rzeźby i obrazy, a także oryginalne dokumenty
królewskie podpisane przez Władysława IV, Jana Kazimierza i Augusta II. W muzeum są
też 3,5-metrowe kontuszowe pasy słuckie, a wśród nich jeden - wyglądający jak nowy,
został bowiem ukryty w ziemi, w woreczku dokładnie zabezpieczonym woskiem. Są także
staropolskie naczynia z cyny, a ich kolekcja, licząca ponad 300 przedmiotów, jest
prawdopodobnie największą kolekcją na Podlasiu.
Każdy eksponat ma swoją historię, na przykład krzyż Virtuti Militari z powstania
kościuszkowskiego, czarna biżuteria ( przypominająca kajdany), którą nosiły żony
Polaków zesłanych po 1863 roku na Sybir czy też wykonany na Syberii kielich mszalny
z... dwoma komorami, w które wkładało się rozgrzane kawałki metalu -
"dusze", by podczas mszy świętej nie zamarzało wino i nie przymarzały do
kielicha palce. A ile jeszcze eksponatów czeka w magazynie na swoją kolej!
- Od dnia otwarcia muzeum trwa nieprzerwanie praca nad inwentaryzacją wszystkich
eksponatów, nad ich prawidłowym skatalogowaniem, co również powoduje, że trudno
ustalić sztywne godziny, w których muzeum jest czynne - mówi ksiądz Borowski - ale nie
odmawiamy nikomu, tylko gorąca prośba o wcześniejsze umawianie terminu odwiedzin, abym
był pewien, że w danym dniu nie mam innych obowiązków. No i proszę dzwonić po
godzinie 21-ej, dopiero wtedy jestem naprawdę wolny.
Kończymy powoli naszą wycieczkę po muzeum, a ja jestem wciąż pod wrażeniem
opowiadanych przepiękną polszczyzną historii niemal każdego eksponatu. Aż szkoda, że
trzeba kończyć zwiedzanie, mam bowiem wrażenie, że każda zasłyszana historia
miałaby ciąg dalszy, ale nie chcę już dłużej męczyć mojego przewodnika,
poświęcił mi już i tak dużo czasu.
Jeśli dodam, że ksiądz Borowski ukończył 73 rok życia i od ponad 40 lat
nieprzerwanie uczy w seminarium duchownym, łatwiej zrozumieć jego marzenie o
poświęceniu się już tylko swemu dziełu, które mu wypełniło dziesięciolecia i
które stanowi ukoronowanie jego życia.
Serdecznie dziękuję księdzu Borowskiemu za wspaniałą przygodę w muzeum diecezjalnym
i życzę mu spełnienia się jego marzeń.
Tadeusz Sikorski, fot. TS
O NASZYM CZASOPIŚMIE || STRONA GŁÓWNA || ODGŁOSY || CIEKAWOSTKI || AKTUALNOŚCI || HISTORIA || ALBUM STARYCH FOTOGRAFII || SPORT || OGŁOSZENIA || WSPÓŁCZESNE ZDJ ĘCIA Z SIEMIATYCZ || ARCHIWUM || ANKIETA || KSIĄŻKA ADRESOWA || LINKS ||
Copyright 1998 - 2004 C Agencja Informacyjna Głos - Jerzy Nowicki, Jacek Wasilewski / Wszelkie prawa zastrzeżone. / Webadmin - Jarosław Surmacz - glos@kfd.pl
Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze, Siemiatycze